Sisio
Group: Members Joined: 06 Apr 2010 Posts: 1862 Gold: 5.63

Status: Warn:  Reputation: 4
|
#1 Posted: 28 Feb 2012 07:16 pm Post subject: wiersz o jp2 |
|
|
jp2gmd
Jedzą piją, dzieci jebią,
Inba, hulanka, swawola;
Marychłaną w żyłach grzebią,
Haha, hihi, xD, hola!
Wojtyłła siadł w końcu stoła.
Podparł się w boki jak basza;
"Ruchać, nic się nie bać!" - woła,
Śmieszkuje, tumani, przestrasza.
Magikowi, co grał zucha,
Wszystkich łaje i dissuje,
Świsnął chujem koło ucha,
Już przez okno wyskakuje.
Zaś Aralce z bajek chińskich,
Co w kącie sushi wpieprzała,
Sypnął Rohypnol do miski,
I sama się mu nadziała.
Kamińskiej w nos wyciął trzy szczutki,
Do łba przytknął trzy rureczki,
LUBICZ KONIKI i pysznej sagi
Wytoczył ze łba PISACZ KOMENTARZ
Gdy ruchał był małe dzieci.
Chuj mu zaświstał, zazgrzytał;
Patrzy papież: diabeł leci!
Po coś tu, kurwo, zawitał?
Diablik to był w dziecku skryty,
Istny Niemiec, sztuczka kusa;
Chwycił się papieskiej pyty,
Zdjął swą piuskę i dał susa.
Ze stołu aż na podłogę
Pada, rośnie na dwa łokcie,
Nos jak haczyk, kurzą nogę
I krogulcze ma paznokcie.
"A! Wojtyłła; witam, bracie!"
Mówiąc, przekrzywił głowę:
"Cóż to, czyliż mię nie znacie?
Joseph Ratzinger się zowę!
Wszak ze mnąś tam, w Hitlerjugend
Robił o duszę układy;
Cyrograf na dziecka skórze
Podpisałeś ty i Adolf!
Miał on spełniać twe zachcianki;
Ty, jak zostaniesz biskupem,
Miałeś wejść na polskie czany,
Skopalibyśmy ci dupę.
Lata płyną, czas ci leci,
Układ nadal nie w działaniu;
Ty, czarami dręcząc dzieci,
Nie myślisz o lurkowaniu.
Ale zemsta, choć leniwa,
Będzie wyegzekwowana!
Ta karczma Chan się nazywa,
Nasz już jesteś, twoja mama!
Wojtyłła ku drzwióm się kwapił
Na takie Józka przemowy,
Ten za sutannę ułapił:
"Tyś tępy czy taki nowy?"
Co tu począć? chuj i ciota,
Przyjdzie już nałożyć głową.
Wojtyłła w obronie się miota
I zadaje trudność nową.
"Patrzaj w kontrakt, Ratzingerze,
Tam warunki takie stoją:
Lata długie po Hitlerze,
Gdy przyjdziesz brać duszę moją,
Będę miał prawo trzy razy
Zaprząc ciebie do roboty
A ty najtwardsze rozkazy
Musisz spełnić co do joty.
Patrz, oto jest karczmy godło,
Dzieciątko namalowane;
Ja chcę je zaraz przeruchać,
Jak tylko od stołu wstanę.
Nasraj sobie też do ryja,
Bym się przy tym dobrze bawił,
W gównie ma być twoja szyja,
Uważaj, byś się nie udławił!
Zbuduj papieżowi pomnik,
Wielki jak Arabów wieże,
Niech mówią o nim potomni,
Niech ich zachwyt nad nim bierze.
Benedetto żwawo skoczył,
Dziecko zacnie wyszykował.
Potem ciesząc papy oczy
Wygiął się i zdefekował.
Nim spuścił się w końcu papież,
Upłynęło sporo czasu.
Brzdąca rzucił i się gapi,
Stoi pomnik pośród lasu.
No! wygrałeś, panie Józku;
Lecz ciąg dalszy tu ramówki!
Trzeba skąpać się w tej misie,
A to są papieskie kremówki.
Benny kurczy się i krztusi,
Aż zimny pot na nim bije;
Lecz pan każe, sługa musi,
Skąpał się biedak po szyje.
Wyleciał potem jak z procy,
Otrząsł się, dbrum! parsknął raźnie.
"Teraz jużeś w naszej mocy,
Najgorętsząm odbył łaźnię."
"Jeszcze jedno masz zadanie,
Zaraz padną hitlerowcy;
Patrzaj, oto są Polanie,
Robaki, jebani NOPowcy.
Ja najbliższy rok w obozie
Palił hurtem zwłoki będę.
Ty zaś z robakami w zgodzie
Pielgrzymkować musisz w biedę!
Pozdrów ich czule, pedale,
I pobłogosław w kazaniu.
Umowa będzie nieważna wcale
Gdy jeden warunek złamiesz.
Józef do niego pół ucha,
Pół oka zwrócił do samki,
Niby patrzy, niby słucha,
Tymczasem już blisko klamki.
Gdy mu Wojtyłła dokucza,
Od drzwi, od okien odpycha,
Czmychnąwszy dziurką od klucza,
Dotąd jak czmycha, tak czmycha. |
|